Żaden problem

Żaden problem

Po jednym z poprzednich tekstów mogliście odnieść wrażenie, że jestem nikim więcej jak zwykłym żulem. Otóż nie. Nie do końca.

Mój ulubiony polski stand-upowiec – Piotr Bałtroczyk – podczas swoich występów ma w zwyczaju stwierdzać, iż „picie fajnym zajęciem jest”. I ja się z nim zgadzam w zupełności. A związane z alkoholem podróże czy to przed czy po spożyciu to, bynajmniej, nie efekt uboczny utraty świadomości.

Zamiłowanie do wszelkiej maści wojaży wpoili mi wykładowcy Politechniki Białostockiej. Jestem wszak magistrem zarządzania turystyką. Jak więc mam nie podróżować? Podróże prawie tak zabawne jak picie. A w duecie te dwie czynności potrafią zapewnić niezapomniane przeżycia.

Tym razem jednak będąc lokalnym patriotą imprezowałem stacjonarnie. Po sobotnim spotkaniu z dawno niewidzianym znajomym obudziłem się we własnym łóżku. We własnym domu. We własnym kraju. I z własnym telefonem przy boku.

To co zobaczyłem chwilę po przebudzeniu szybko utwierdziło mnie jednak w przekonaniu, że wielu rzeczy w życiu jeszcze nie widziałem, oraz że rzeczywistość dnia następnego wciąż potrafi mnie zaskoczyć.

Podszedłem do okna, aby przyzwyczaić wzrok do światła. Była niedziela. A ponieważ polsko weekendowa pogoda jest wyjątkowo złośliwa – słońce stłumione było grubą warstwą chmur. Wciąż czując posmak obrzydliwie rozcieńczanego piwa z wczoraj zacząłem powoli podnosić rolety. Koralik, za koralikiem. Szarpnięcie, za szarpnięciem. Ciągnę. Odsłaniam. Widzę… Ogon. Kopyta. Rogi.

Wszystko to leży na tarasie. Na moim prywatnym tarasie. Na mojej prywatnej posesji. Leży i dyszy. Żyje. Piłem wczoraj z samym diabłem – pomyślałem. Znowu? Sprawdziłem kalendarz. Picie z diabłem zaplanowane mam dopiero na przyszły tydzień. Co więc leży na moim tarasie?

Koza. Prawdziwa, żywa koza. Nie jakaś tam miniaturka. Normalna, pełnowymiarowa, nieoszukana zupełnie. Jak z telewizji. Biała, trochę brudna. Gruba, wielka koza.

Coś ty zrobił w nocy? – to pierwsza myśl, jaka wyparowała ze zmęczonej wczorajszym piwem czaszki. Rozumiem, podróże w nieznane, najlepiej kradzionym Trabantem, kilkaset kilometrów w dowolnym kierunku. Rozumiem pobudkę na dywanie z ciał poległych imprezowiczów. Rozumiem zakupy online po pijaku. Rozumiem nawet zgłębianie technik teleportacji i podróży w czasie. Ale koza? Koza, człowieku?

W tym momencie serce me wypełniło poczucie dumy. Typowej tylko dla mężczyzn. Dumy z dokonania czegoś wyjątkowo głupiego. Im poziom absurdu w dokonaniu owym wyższy tym duma i uznanie w oczach kolegów większe. Bo cóż przebić może opowieść o tym, jak to po pewnej imprezie obudziłem się z kozą na tarasie?

Duma szybko jednak minęła. Jej miejsce zajęło kombinowanie jak się kozy z tarasu pozbyć. Ponieważ w żyłach krążył jeszcze promil z kolegami, na brak pomysłów narzekać nie mogłem.

Wbrew pozorom koza to spore bydlę, a wyraz pyska do najsympatyczniejszych nie należy, szczególnie że na czubku kozy sterczą dwa ostre rogi. Chcąc uniknąć bezpośredniego kontaktu, uzbroiłem się w kij do hokeja, będący efektem ubocznym innej imprezy i przez uchylone drzwi tarasu szturchnąłem kozę w zad.

Raz, drugi, trzeci. Bez efektu. Zwierzę było dokładnie w takim samym szoku, jak sąsiedzi, którym przyszło obserwować całe zajście. Wyszedłem więc do kozy zupełnie. Porozmawialiśmy chwilę i jasnym stało się dla mnie, że koza z własnej woli nigdzie się nie wybiera.

I tak było przez pierwsze 24 godziny. Naiwnie wierzyłem, że się kozie znudzi i pójdzie w świat dalej. Ta jednak twardo trwała na posterunku. Sytuacja przestała być zabawna po 48 godzinach, kiedy koza postanowiła wejść do domu, nie zwracając uwagi na fakt, że drzwi i okna są pozamykane.

Policja, Straż Miejska, Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami, Miejskie schronisko aż w końcu Urząd Gminy. Dzwoniłem wszędzie. Przedstawiciele wszystkich tych instytucji zaraz po tym jak przestawali się śmiać odsyłali do kogoś innego, „bo to nie ich sprawa”. Minęły kolejne 24 godziny.

Przypomniałem sobie, że w naszym pięknym kraju niezwykle skuteczny, zaraz po łapówce, jest soczysty opierdol. Opierdoliłem więc zgraję bab grzejących dupska w Urzędzie Gminy. Po kolei i bez litości. 2 godziny później koza dostała indiańską strzałką w dupę i z gracją straciła przytomność. Koniec przygody.

Jeśli dotrwaliście do tego akapitu, pewnie zastanawiacie się, jaka jest puenta tego tekstu. Otóż puenta jest. I to całkiem sensowna.

Za kozą zacząłem tęsknić jeszcze tego samego wieczoru, kiedy zniknęła z naszego tarasu. Okazało się bowiem, że przez ostatnie trzy doby był to nasz jedyny problem. Nieopłacone faktury, rata kredytu, upierdliwi klienci, katar, kac i zepsuty samochód jakby zniknęły. A jeśli stercząca pod domem koza przysłania resztę trosk, to naprawdę, nie masz się czym w życiu martwić.

Wdzięczny kozie jestem za uświadomienie tego. Obiecałem sobie, że jeśli koza jakimś cudem wróci do nas, to zostanie z nami na dobre.

  • http://zawziety.pl Vtomasz

    Koza kozie nierówna ;)

  • http://www.malvina-pe.pl/ Malvina Pe.

    Kocham ten tekst. Będę go promować i bić peany na jego cześć. Tylko musisz zaczekać chwilę, bo właśnie opublikowałam swój na blogu :D

    • http://otozto.pl/ Paweł Kadysz

      Trzymam za słowo ;)

    • http://www.malvina-pe.pl/ Malvina Pe.

      Done :)

    • http://otozto.pl/ Paweł Kadysz

      Statystyki szaleją. Tyle wygrać. Dzięki ;)

    • http://www.malvina-pe.pl/ Malvina Pe.

      :)

    • Sylwia

      podpisuję się wszystkimi rękoma, nogoma, rogoma! wspaniałość!

  • bastetmilo

    Ja bym kozy nie oddała. Chyba, że to był kozioł… :D

    • http://otozto.pl/ Paweł Kadysz

      To mógł być kozioł. Aż tak dokładnie stworzenia nie obejrzałem.

  • Arkadiusz

    To druga opowieść o kozie (pierwsza była stareńka o radzie rabina), którą usłyszałem i druga, którą uwielbiam :-)

    • AB

      Również z tym skojarzyłam. Niemniej jednak tekst w nowej odsłonie znakomity :)

  • Brain

    made my day calkowity

  • Firefly

    Super post, tego jeszcze nie było słyszłam o świaniach, ale koza na balkonie?!