Wirujący seks

Wirujący seks

Nie bez powodu właśnie popisem polskich tłumaczy filmowych pragnę zatytułować ten tekst. Pląsy jakie od kilku tygodni uprawiam wraz z Narzeczoną trzymają mniej więcej ten sam poziom. No dobra. Mniej niż więcej.

Z narzeczonego na męża awansuję za około 9 miesięcy. Jest to okres, w którym u Wybranki widoczne stają się pierwsze objawy welonowego zapalenia mózgu. Pojawia się obsesja na punkcie wyboru sukni, rusza tournee po salonach ślubnych, Pinterest Ukochanej pęka w szwach od weselnych inspiracji, nie ustaje powtarzanie, że musimy schudnąć (oboje!) i wiele innych „O boże! O boże!” Jednym z takich „O boże!” właśnie jest „Przecież my nie umiemy tańczyć!” Nie przeszkadzało to żadnemu z nas przez 9 lat. Najwyraźniej zaczęło przeszkadzać teraz.

Gwoli wyjaśnienia, nie jest tak, że tańczyć nie potrafimy zupełnie. Na wszelkiej maści imprezach chętnie pojawiamy się na parkiecie by ku uciesze gawiedzi w losowych kierunkach wymachiwać to jedną to drugą kończyną. Ma to swój urok, bo chociaż będące dziełem przypadku, nasze ruchy całkiem nieźle synchronizują się z rytmem granego właśnie utworu. Dlatego „Przecież my nie umiemy tańczyć!” uznałem za godzącą we mnie i moje umiejętności przesadę. Na pomysł zapisania się na kurs tańca stanowczo pokręciłem głową i uznałem, że sprawa jest załatwiona.

Jakież było moje zdziwienie, gdy pewnego wieczoru usłyszałem od Narzeczonej „Kochanie, pamiętaj, że jutro mamy pierwszą lekcję tańca”. O głupi ja, nie doceniłem sprytu własnej Kobiety. Okazało się, bowiem, że przez cały miesiąc jak najbardziej zgadzałem się na ów kurs donośnym „tak”. Przebiegłość przyszłej Żony polegała na tym, iż dyskusję o tańcu dyskretnie wplatała między pytania w stylu „Masz ochotę na piwo?” czy „Może jesteś głodny?”, na które moja odpowiedź jest zawsze ta sama i zupełnie automatyczna. Pojawia się na ustach z pominięciem świadomości.

I tak pewnego wtorkowego wieczoru stanęliśmy u bram okazałego budynku. Ze środka wydobywały się stłumione dźwięki muzyki przeplatane łkaniem niewiast, którym partnerzy po raz setny nadeptują na i tak już spuchnięte palce stóp. Weszliśmy. Bo jesteśmy odważni. Chociaż jest to ten typ odwagi wyraźnie graniczący z głupotą.

Na wstępie okazało się, że aby móc uczestniczyć w kursie należy wyrobić specjalną kartę i przed każdą lekcją robić ową kartą „piiik” pod specjalnym czytnikiem. Jako geek byłem kupiony. Nie interesowało mnie już zupełnie czego nas tu nauczą. Od tej chwili chciałem już tylko robić „piiik” swoją nową, błyszczącą kartą.

Zaraz po tym trafiliśmy na dużą, świetnie oświetloną salę, której jedna ze ścian to po prostu wielkie lustro. Wpatrując się w swoje odbicie pokracznie przebierające nogami przez półtorej godziny można dojść do bardzo ciekawych wniosków na temat własnej osoby. Po 45 minutach pierwszej lekcji wiedziałem już, że z moją kondycją fizyczną takie podrygi skończą się w najlepszym przypadku długą rehabilitacją. Nic dziwnego. Jedynym wysiłkiem na jaki sobie pozwalałem w ostatnich kilku miesiącach było zaciąganie ręcznego w samochodzie. A i przy tym zdarzało mi się dostać zadyszki.

Po 90 minutach dotarło do mnie, że człowiek rzeczywiście w 60% składa się z wody. Całe 60% zdążyłem wypocić. A ponieważ nie należę do ludzi małych, ani do lekkich, 60% mnie wystarczyło aby zmienić salę taneczną w basen. Ludzie jednak potrafią przygotować się i na taką sytuację. Tydzień później w budynku czekały worki z piaskiem, a część grupy pojawiła się w kaloszach.

Kiedy pierwszy raz stanęliśmy w parze przed lustrem okazało się, że od swojej Narzeczonej jestem na oko cztery razy wyższy. Do tej pory nie miało to dla mnie znaczenia. Jeśli na przykład chciałem porozmawiać w cztery oczy, po prostu kucałem. Teraz jednak problem się pojawił, bowiem Wybranka ani przez moment nie zasłania mi widoku mojego odbicia w lustrze i chcąc, nie chcąc zmuszony jestem oglądać siebie non-stop. Tragedia. Z drugiej strony, jednak, różnica wzrostu zdecydowanie wzbogaca nasze pląsy o walory komediowe.

Pojawił się też dramat. Zarówno ja jak i przyszła Małżonka okazaliśmy się być stuprocentowymi humanistami. Żadne z nas nie potrafi liczyć do trzech. Każde z osobna być może cudem dotarłoby do dwóch i pół. Liczenie w duecie kończy się na „raz”. „Dwa” i „trzy” to już typowe popisy solowe.

No cóż. Czas pogodzić się z faktem, że 9 miesięcy to zdecydowanie za krótko aby zostać Patrick’iem Swayze. Za cel nie stawiamy już sobie oczarowania weselnych gości zapierającym dech w piersiach występem. Wystarczy, że po pierwszym tańcu nie uciekną z sali.

Wiele osób zniechęciłoby się tak marnymi postępami. Tymczasem żadnemu z nas nie przyszła do głowy rezygnacja z kursu. Narzeczona chce mimo wszystko dać nam szanse podniesienia umiejętności. A ja? Ja chcę tylko robić „piiik”.

  • ArekL

    podsumowaniem: „jedynym wysiłkiem na jaki sobie pozwalałem…” uczyniłeś mój dzień lepszym.

    Pozdrawiam i czekam na więcej.
    Arek

  • fascynatka

    Masz świetny styl pisania, lekki, z humorem, chce się czytać – więcej, i więcej, i więcej… Może na weselu nie oczarujesz gości tańcem, ale na pewno będą w dobrych humorach ;)

  • VV.

    Ostatnie wpisy mnie zaciekawiły, więc zaczęłam czytać od początku, ale apostrofy! Bolą. Ciekawie piszesz, na pewno sporo osób to czyta bądź będzie czytać dlatego wszelkie błędy wydają się nie na miejscu.
    http://pokazywarka.pl/apostrof/ – ciekawe wyjaśnienie ;).

    • http://otozto.pl Paweł Kadysz

      Dzięki. W wolnej chwili usiądę i poprawię wszystkie błędy.