Poranek dnia następnego

Poranek dnia następnego

Otwieram oczy. Bardzo powoli, żeby nie skrzypieć powiekami. Mam nadzieję, że podłoga, na której leżę to moja podłoga. Rozglądam się. Już wiem. Wczoraj był piątek.

Podłoga jednak nie jest moja. Wygląda na to, że jest mocno wspólna. Mój boże, mam nadzieję, że to chociaż moje miasto. W pomieszczeniu nie jestem sam. Wokół porozrzucane postaci. Każda powykręcana w nienaturalny sposób. Nielicznym udało się złożyć w pozycji embrionalnej. Nie jestem pewien czy wszyscy żyją. Część z nich trąci kilkudniowym trupem. A może to ja?

Ktoś obok donośnie przeklina po ukraińsku. Ktoś inny jednak mówi po polsku, więc jest szansa, że udało się w nocy nie wyemigrować. Zaraz, zaraz. Ten ktoś wcale nie mówi. Oho! Zacząłem słyszeć myśli.

Myśli, oddechy, sny, tupot roztoczy tłumnie zebranych na dywanie, na którym wciąż leżę. Słyszę jak rosną mi paznokcie. Ba! Słyszę nawet jak osobom leżącym obok wypadają włosy i z hukiem uderzają o drewniany parkiet. Poznaje dźwięki, o których wcześniej nie miałem pojęcia. Choćby odgłos upływającego czasu, czy jęki zdruzgotanych dusz krzątających się po pokoju. W tym momencie nawet absolutna cisza byłaby stanowczo za głośna.

Mimo, że nie znam tu nikogo i mimo, że nikt tu nie zna mnie to wszystkich nas coś łączy. Oto padliśmy ofiarą piątkowego melanżu. Tworzymy pewnego rodzaju wspólnotę. Niczym banda skazańców świeżo zesłanych do Hadesu, powoli uświadamiamy sobie jak ciężkie chwile czekają nas w najbliższym czasie. Wszyscy chętnie poddalibyśmy się teraz dekapitacji, byle tylko pozbyć się bólu głowy.

A jest się czego pozbywać. Mam wrażenie, że czaszka zmniejszyła mi się do rozmiarów piłeczki do ping-ponga, przy czym cała zawartość pozostała bez zmian. Każdy najdelikatniejszy nawet ruch wiąże się z cichym „sssss” wysączonym przez zęby. Każdy gwałtowny ruch, to już agonia w najczystszej postaci.

Wstaję. Powoli, żeby nie skrzypieć stawami. Czas na oszacowanie strat. Mam na sobie szpitalny fartuch. W kieszeni – ziemniaka i kluczyki od samochodu. Nie mojego. Ziemniak był wyraźnie używany. Nie potrafię jednak określić – do czego? W portfelu paragon za nowy akumulator i kartę stałego klienta korporacji taxi, o której nigdy nie słyszałem. Na owej karcie wbite cztery pieczątki. Wszystkie z wczoraj. Po za tym sporo gotówki. Albo upłynniłem środki z konta albo poszukuje mnie policja.

Tymczasem ktoś wpada na genialny pomysł i dumnie oznajmia, że oto organizuje wyprawę do osiedlowego sklepu, po piwo. By żyło się lepiej! A ja czuję, że to deja vu i że tym razem, wyjątkowo nie powinienem radośnie owej idei przyklaskiwać. I tak biję się z fizyczną potrzebą klina. Pod stołem znajduję plastikową butelkę. W środku – mam nadzieję – woda. Jezusie! Gazowana! Ambrozja. Litr płynu znika w kilka sekund. Zaczynam odzyskiwać władzę w nogach.

Wychodzę bez słowa. Nikt tu nie wymaga pożegnań. Wychodzę powoli, żeby nie skrzypieć drzwiami. Powietrze na zewnątrz jest jakieś inne. Takie zupełnie nie podlaskie. Widzę tory tramwajowe. Nie jest dobrze – myślę – już wiem, że nie jestem u siebie.

Cudem trafiam na dworzec kolejowy. Normalny do Białegostoku. 639km – pobiłem własny rekord. Wyciągam telefon. 81 nieodebranych połączeń. Sprawdzam datę. Cholera, jest wtorek. A po za tym, to nie mój telefon…

  • http://zawziety.pl Tomasz Nawrot

    To takie piękne i jednocześnie prawdziwe, często w każdy piątek kończący tydzień pracy, jednocześnie rozpoczynając weekend.

  • http://www.annasikora.at Ania Sikora

    Świetnie napisane! Bardzo mi się podoba przejaskrawienie. Dobrze mi się czytało.

    • http://otozto.pl Paweł Kadysz

      Szczerze mówiąc, przesadziłem tylko w ostatnim akapicie.

  • Paula Rycharska

    z ilościa nieodebranych połączeń, czy z kilometrami? ;d

    • http://pawelkadysz.pl/ Paweł Kadysz

      Zawyżyłem obie liczby. Jak szaleć, to szaleć.

    • Monday

      Znakomity tekst:D!
      Miły wieczorek…z piątku na wtorek.