Pieprzony Murphy

Pieprzony Murphy

Słowem wstępu nadmienię jedynie iż tekst, który właśnie zaczynacie czytać został napisany na starym, awaryjnym komputerze.

Siedzę przy kuchennym stole, z wielkim, sześcioletnim 24” bydlakiem przede mną. Bydlak działa. Działa całkiem nieźle. Ale z mobilnością ma mniej więcej tyle wspólnego co Pałac Kultury i Nauki.

Piszę w pozycji wyprostowanej. Cholera, pewnie nawet ergonomicznej. Sam jestem ciekawy co z tego wyjdzie, bo wszystkie pozostałe teksty powstawały kiedy leżałem powykręcany na kanapie. Ale nie dziś…

Mój laptop bowiem postanowił odejść. Piękny, wysłużony, srebrny Macbook przestał reagować. Oczywiście, przestał reagować w piątek. Późnym wieczorem. Jakimś cudem uznał tę właśnie porę za najodpowiedniejszą do stwierdzenia „pierdolę, nie robię”.

Nie w poniedziałek, nie w środę. Nie w czwartek nawet. Wybrał piątek wieczór. Tak abym przypadkiem nie zdążył zamówić nowego.

Dwa lata temu wybrałem się równie pięknym co laptop i równie srebrnym autem do Wrocławia. Wojaż to niebanalny, bo coś ponad 500km. Samochód 50km przed celem stanął w chmurze dymu.

Nie na parkingu pod blokiem w moim rodzinnym Białymstoku. Nie w drodze do biura. Tajemnicza rurka od jeszcze bardziej tajemniczego płynu postanowiła przetrzeć się pół tysiąca kilometrów dalej.

Rok później niezrażeni wspomnianą przygodą wybraliśmy się do Wrocławia ponownie. Był grudzień. Temperatura na zewnątrz w okolicach zera. Być może nawet poniżej.

Na wylotówce z Białegostoku postanawiam na chwilę otworzyć okno. Po co? Tego nigdy nie dowiem się ani ja ani tym bardziej Wy. Szyba, rzecz jasna, opuszcza się bez problemu. Płynnie, gładko, bezszelestnie. Podnieść się już nie chce.

Perspektywa przejechania 500km z otwartym oknem, przy temperaturze -5°C i marznącym deszczu padającym do środka napawała mnie optymizmem raczej umiarkowanym. Wdzięczny byłbym szybie, gdyby o swoich zamiarach ostrzegła przed wyjazdem. Tydzień wcześniej. 3 dni chociaż.

Kilka dni później samochód z niesforną szybą wstawiłem do warsztatu celem usunięcia usterki. Jak stwierdził mechanik, usterki nie było. Szyba podnosi się i opuszcza bez najmniejszych problemów do dziś. Bardzo możliwe, że złośliwie czeka na kolejny zimowy wyjazd do Wrocławia.

Jednak najciekawszym wcieleniem prawa Murphy’ego z jakim do tej pory miałem do czynienia była przygoda w moim pierwszym wynajętym mieszkaniu. Mieszkanie było na parterze (to ważne).

Niedziela rano. Biorę prysznic. Zauważam jednak, że woda nie znika w odpływie tak chętnie jak zazwyczaj. Nie podejrzewając niczego odpływ zalewam biożelem z turbo właściwościami odtykającymi. I wychodzę.

Kiedy po kilku godzinach pojawiłem się w mieszkaniu ponownie, w łazience czekała na mnie kilkucentymetrowa warstwa brązowej wody o zapachu daleko odbiegającym od tego, który zazwyczaj unosił się w tym pomieszczeniu. A przyznaję, że tam nigdy nie pachniało fiołkami. Do tego doszedł złowieszczy bulgot z toalety.

Tego dnia dowiedziałem się, że nie ma w moim mieście hydraulika, który odebrałby telefon w niedzielę po 18. Pogotowie kanalizacyjne w weekendy nie istnieje.

To była najdłuższa noc w moim życiu. Zostałem sam z fontanną gówna w łazience. Tak, fontanną. Bo około północy toaleta przestała bulgotać, a zaczęła radośnie pluć gównem sąsiadów. Do tej pory zastanawiam się, dlaczego kibelek nie mógł zaczekać z awarią do poniedziałku. Jaką różnicę robiło mu te 12 godzin.

Odpowiedź jest banalna. Jeśli coś ma się zepsuć, to zepsuje się właśnie wtedy, kiedy nikt nie będzie w stanie tego naprawić.

Tusz w drukarce kończy się tylko wtedy, kiedy mam do wydrukowania bardzo ważną umowę. Płyn do spryskiwaczy magicznie wyparowuje w momencie, kiedy przednia szyba przykrywa się grubą warstwą błota spod kół auta jadącego przede mną. Klimatyzacja odmawia posłuszeństwa tylko latem. A serwery padają właśnie wtedy kiedy prezentujemy dużemu klientowi nowy projekt.

Komputer wiesza się kiedy chcę pokazać znajomemu jak zajebiście śmiga po ostatnim upgrade RAMu. A awaria prądu na całym osiedlu ma miejsce podczas finału Ligi Mistrzów.

  • http://www.dolinakulturalna.pl/ Ola z Doliny Kulturalnej

    Niestety mieszkanie na parterze ma ten ogromny minus. W moim domu rodzinnym zdarzyło się to już kilka/kilkanaście razy, i to ZAWSZE w weekend. Wyobraź sobie kiedyś radość mojej mamy, kiedy po tygodniu nieobecności wróciła do domu POKRYTEGO W GÓWNACH. Trauma nie do opisania. Były wszędzie. Oczywiście pomyje, które sąsiedzi z góry lubią wywalać do zlewu w kuchni, zamiast tak jak normalni ludzie do kosza, też postanowiły w tym czasie się zbuntować. Tak czy inaczej, podobno kret nie jest dobrym rozwiązaniem na odetkanie w takim momencie, bo tylko się zbryla. Zostaje jedynie zalewanie kibla wrzątkiem w oczekiwaniu na hydraulika.

  • http://www.jeszczelepiej.blogspot.com Jeszcze Lepiej

    haha ;) Twoje teksty są tak prawdziwe i tak genialne ;) Zawsze czyta się je świetnie i choćby były nie iwem jak długie, są ZA KRÓTKIE :D

  • http://marigold-girl.blogspot.com/ Marigold Girl

    przykro mi z powodu komputera :< ale jestem w stanie zrozumieć dlaczego akurat w piątek wieczór stwierdził "pierdolę, nie robię"- w końcu weekend, pewnie doszedł do wniosku, że należy mu się odpoczynek.