Oda do samochoda

Oda do samochoda

Kiedy zimą 2005 roku zdałem egzamin na prawo jazdy ogarnęła mnie radość paraliżująca do tego stopnia, że zanim zebrałem się w sobie aby dokument odebrać – minęło pół roku. A może to był dowód osobisty?

Nie. To nie mógł być dowód. Znając siebie i swoje priorytety legalny zakup alkoholu był dla mnie dużo ważniejszy niż uprawnienia do prowadzenia auta. A fakt iż mam problem z przypomnieniem sobie jak było, zdaje się ten scenariusz potwierdzać.

Po uzbieraniu gotówki w ilości wystarczającej na zakup czegoś co rzeczywiście jeździ wybrałem się w miejsce, do którego nie powinienem nigdy trafić. Miejsce, które na liście „Gdzie szukać samochodu” rozsądny człowiek umieszcza na ostatniej pozycji. Albo wcale. Ale ja miałem 19 lat i ośrodek w mózgu odpowiedzialny za rozsądek mocno przeżarty legalnie kupowanym od pół roku alkoholem. I tak, niczym ostatni dureń pojawiłem się w bramie pierwszego lepszego auto komisu.

Dumny jak paw, z kieszeniami wypchanymi mamoną przechadzałem się wzdłuż linii równiutko zaparkowanych aut. Wydawało mi się, że kwota, którą dysponowałem wystarczy na zakup nowiutkiej, lśniącej limuzyny i jeszcze zostanie na jakiś nieduży kraj w Afryce. Wydawało mi się, że jestem bogaty i będę mógł przebierać w czerwonych kabrioletach, sprzedawanych w komplecie z dobrze wyposażoną blondynką. Tymczasem podczas pierwszej rundki wokół placu dowiedziałem się, że stać mnie nie na cztery, a na dwa kółka i to takie bez silnika. Używana hulajnoga. Do remontu. To był wehikuł, na zakup którego pozwalał mój budżet.

I kiedy już zupełnie zrezygnowany miałem opuszczać ów przybytek. Kiedy zaczynałem się powoli godzić z faktem, że oto do końca życia będę kołysał się w autobusach. Kiedy dojrzewałem do myśli o czekających mnie pieszych pielgrzymkach. Wtedy w rogu placu kątem oka dostrzegłem małe, niepozorne autko. To był srebrny Citroen Saxo VTS 1.6 na okazałych 17” felgach OZ Racing. Prawie nówka z symbolicznym przebiegiem.

Piękny metaliczny lakier lśnił w promieniach wiosennego słońca. Oczarował mnie. Biorę! Nie! Za tanio. Dużo za tanio. Coś musi być na rzeczy. Nie biorę. I co? Tak go po prostu nie kupię? Przecież muszę się zastanowić. Muszę się przespać z tą decyzją. Idę. Wyszedłem. Wróciłem. Kupiłem. Bez targowania. Bez choćby sprawdzenia auta na stacji diagnostycznej. Brawo. Handlarz do tej pory zastanawia się czy tego dnia aby przypadkiem nie wystąpił w Ukrytej Kamerze.

Ale ludzie! Cóż to było za auto! Moc 119KM przy masie w okolicach 935kg. A przy tym samochód wyglądał jak zwykłe wozidełko. Ot, autko służące jako trochę większy wózek na zakupy. Ładniejszy odpowiednik Malucha. Ów maluch jednak zawstydzał przyspieszeniem większość współużytkowników dróg. Palił dużo. Bo miał palić. To nie było oszczędne auto. I nie do oszczędzania na paliwie miało służyć. Miało zapierdalać. I to właśnie robiło.

Radość z jazdy nie trwała długo. Szybko okazało się, że uszkodzona hulajnoga w tej cenie byłaby lepszą inwestycją. W Saxo przeciekał dach. A przeciekał, ponieważ głównym składnikiem karoserii była masa solna. „Powypadkowy” to bardzo delikatne określenie na stan mojego VTSa.

Citroen wylądował na Allegro. Sprzedał się bardzo szybko. Kupił go młodzieniec ze stolicy. Nie zadawał pytań. Nie sprawdził auta w warsztacie. Nie targował się. Oczarowany lśniącym metalicznym lakierem zapłacił, wsiadł i odjechał. A ja zostałem, wypatrując ekipy z ukrytą kamerą.

W międzyczasie w motoryzacyjną serię porażek wciągnąłem własną Kobietę. „Pomogłem” jej wybrać pierwszy samochód. To był zakup życia. Pełnoletnie granatowe Polo z tajemniczym napisem Italcośtam na tylnej klapie. Rasowy włoski Volkswagen. Auto, które kosztowało mniej niż mój ówczesny telefon. Model „nic nie stuka, wsiadać i jechać”. Po wsiąściu i przejechaniu 70km coś jednak stuknęło i samochód po prostu przestał reagować.

Jednak przyznaję, że to auto robiło niesamowite wrażenie. Największe zrobiło na mechaniku, który po tym jak złom zrzuciliśmy z lawety na placu przed warsztatem, oznajmił, że bardzo lubi wyzwania, ale czegoś takiego jeszcze nie widział. Serio. Jeśli sprzedajecie samochód, który do niczego się nie nadaje zgłoście się do mnie. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że go kupię, mocno przepłacę i będę z siebie dumny.

Następne było Audi A2. Po Fordzie Ka to najbardziej damskie auto, jakie kiedykolwiek wyprodukowano. Damskie do tego stopnia, że fabryczny daszek przeciwsłoneczny po stronie kierowcy ma zamontowane lusterko, dzięki czemu stojąc w korku mogę sobie poprawić makijaż.

Na ten konkretny model polowałem ponad pół roku. Kiedy wreszcie pojawiłem się u sprzedawcy, okazało się, że turbina nie zawsze odpala, lakier na masce to jeden wielki odprysk, klimatyzacja jest nienabita „ale działa”, a w podłodze jest dziura wielkości dwóch pięści. Nie zgadniecie co zrobiłem…

Przyznaję, żadnego wymienionych aut nie powinienem kupować. Ale żadnego zakupu nie żałuję. Z każdym z samochodów wiążą się wspomnienia, które zostaną ze mną do końca życia.

W Saxo wykonałem pierwszy w historii skok o tyczce samochodem. Za tyczkę posłużył nagle pęknięty wydech. Tym małym autkiem pokonaliśmy kiedyś we trójkę prawie 4000 km w kilka dni objeżdżając pół Europy. W jego ciasnym wnętrzu odbywały się nie raz imprezy lepsze niż w białostockich akademikach. Kiedy odjeżdżał nim naiwniak z Warszawy miałem w ręku kupę kasy i łzy w oczach. Trochę mu zazdroszczę.

Urok Polo polegał na ciągłej niepewności – co nawali tym razem. Czy koszt naprawy znów przekroczy wartość całkowitą tego złomu? I jak bardzo zaskoczymy mechanika nową awarią? Auto paliło jak smok. Przy mocy o połowę mniejszej od VTSa zdarzało mu się wypić więcej. Dziwi to tym bardziej, że większość kilometrów Polo pokonało napędzane siłą mięśni pchających go osób niż własnego silnika. Ale mimo to bardzo lubiłem nim jeździć. Lubiłem jego charakterystyczny zapach i to, że był niewiele młodszy ode mnie. Nie wzruszałem się przy sprzedaży, ale chętnie wsiadłbym do niego jeszcze raz.

W moim Audi A2 nie przewidziano miejsca na koło zapasowe, czy choćby dojazdowe, co wyklucza to auto w dalszych podróżach. „S-Line” oznacza więcej bajerów, które mogą i będą się psuć. Zderzak przedni jest źle zamontowany i zrywam go każdej zimy zahaczając o zmarznięte zaspy. Zawieszenie jest twarde i delikatne. Zbiornik paliwa jest mikroskopijny, przez co zasięg jest śmiesznie mały. Czepiam się? Tak. Bo A2 poza drobnymi niedoróbkami nie ma wad. To oszczędne, dobrze wyposażone, wygodne auto. Idealne dla mnie.

Przy sprzedaży na pewno nie będę płakał. Bo go po prostu nie sprzedam. Nigdy.

  • Adrian

    Sprzedasz, sprzedasz ;)

    Po A2 będzie kolejne fajne autko idąc za ciosem. Ja od lekko ponad 3 lat mam swoją pierwszą Avensis T22 i też nigdy jej nie sprzedam, a przynajmniej tak mi się wydaje… Nie zapomina się pierwszej dziewczyny i pierwszego auta. :)

    PS. Fajnie się czyta. Otóż to całkiem dobry pomysł.

    • http://otozto.pl Paweł Kadysz

      Gdybym zaczął od Toyoty, tak jak Ty pewnie jeździłbym nią do tej pory. Ale nie. Ja musiałem kupić francuza. I to ze sportowymi ambicjami.

  • deppcia

    Półtora roku temu szukałam bumbuma dla siebie, dojazd do szpitala, na uczelnię, podróże po aglomeracji śląskiej komunkiacją miejska czasem przypominały wycieczkę zagranicę ( i nie mówię tu o wojażach do Sosnowca!)
    Znalazłam cudeńko – skodę. Ale mój przyszły Małż jednak skrytykował wybór, ja grzecznie nic nie mówiąc zgodziłam się na Jego wybór – idealny, cudowny, specjalnie dla Niego (laika motoryzacyjnego !!!) przygotowana Corsa, najnowszy model, wiek 4 lata, ekonomiczne, ergonomiczne, cud miód malina.
    Dojechał mi nim do Warszawy ( z nad morza), a ja drugą połowę drogi miałam przejechać. Na dzień dobry okazało się, że OC nie płacone od pół roku, koło zapasowe od innego samochodu – (rozstaw śrub zamiast na 4, był na 5.) Hell yeah! Ja, młoda dziewczyna i ta bestia. Na dzień dobry był okrzyk radości i smutku, bo potrzebny jest od razu lekki remoncik, ale dzisiaj, po przejechaniu 25 tysięcy kilometrów – nie zamienię Cię Wandzia na żaden inny samochód, w życiu !

    • http://otozto.pl Paweł Kadysz

      Zakup samochodu nie mając pojęcia o motoryzacji ma swój urok. Zawsze jest ten element niepewności i ryzyka. A większość z nas przecież lubi niespodzianki.