O ludziach w kinie

O ludziach w kinie

Uwielbiam kino. Dziesiąta muza zdecydowanie plasuje się w moim top 3. Zasiadanie w kinowym fotelu przed ogromnym ekranem to dla mnie magiczny moment.

Oczywiście jeszcze bardziej magiczne jest 45 minut reklam przed właściwym seansem. Dowiaduję się w tym czasie jak wywabić plamę z niemiłosiernie upierdolonej koszuli a jakiś podrzędny polski aktor tłumaczy mi, która kawa jest najlepsza. Kiedy jednak gasną światła a kurtyna przed ekranem rozsuwa się jeszcze bardziej zapominam o zachwalanych przed momentem podpaskach.

Chodzę do kina, bo piractwu jestem przeciwny pod każdą postacią. Nawet jeśli ukrywa się ono pod wdzięcznym i niewinnym określeniem „dzielenie się informacją” i to z dopiskiem „na własny użytek”. Swoich zasad trzymam się jak mogę. Muzyki słucham na Spotify, za oprogramowanie i gry płacę, a na filmy chodzę do kina właśnie. Ale, cholera, chyba chodzić przestanę.

Nie dlatego, że jest drogo, bo nie jest. Nie dlatego, że mam daleko, bo nie mam. Ani nawet dlatego, że nie grają nic fajnego, bo grają. Powód jest inny.

To przez ludzi. I to nawet nie przez tych, którzy przyszli do kina się nażreć, a czasem nawalić jak ostatnie świnie, po czym donośnie bekać w Dolby Surround. Nie przez tych, którzy zapomnieli wyciszyć komórkę przy pierwszym, drugim i dziesiątym SMSie. I nawet nie przez tych biedaków z zapaleniem pęcherza, którzy szwendają się w tę i z powrotem po szesnaście razy w ciągu jednego seansu. Ani nawet przez „sportowców”, których śmiech przypomina agonalne postękiwanie troglodyty. Na dodatek rozlega się w najbardziej zaskakujących i nieodpowiednich momentach.

To wszystko pikuś. Małe piwo. Ot, urok kinowej sali. Ryzyko wliczone w cenę biletu. Rzekłbym nawet, że to lubię. Jednak raz na jakiś czas trafia się seans, z którego ma się ochotę po prostu wyjść. Bez względu na to jak dobry jest film.

To przez samozwańczych lektorów, którzy zdecydowali, że napisy będą czytać na głos. Grupa narratorów, która za plecami wtrąca durny komentarz w stylu „no to teraz się zacznie” czy „ależ się porobiło”. Niespełnieni scenarzyści i ich didaskalia, którymi dzielą się z połową sali. Uwagi do stroju, tuszy, a nawet rasy aktorów.

Aby zrozumieć, co dzieje się na ekranie powtarzają po kilka razy kwestie bohaterów. W całości, lub pojedyncze słowa, które akurat wpadły im w ucho. I tak rząd za mną pani po 50-tce i jej dwie koleżanki artykułują słowo „sexy” na dwanaście różnych sposobów. Seksi. Seksy. Seksej. Ssssekssssy!

Towarzyszący im rozochoceni panowie w średnim wieku przy każdej scenie choćby delikatnie nawiązującej do miłości fizycznej nie potrafią się powstrzymać przed głośnym „Jedziesz maleńka! Dajesz! Dajesz!”. Strach pomyśleć, co by zrobili, gdyby na ekranie pojawił się choćby fragment cycka.

Ostatnim filmem, na którym miałem przyjemność spotkać wyjątowo ciekawego widza był Dallas Buyers Club. Dwa siedzenia obok ona. Filigranowa brunetka. Ale czerń jej włosów tak sztuczna, że nawet kolor czupryny Wiśniewskiego przed metamorfozą wyglądał naturalniej. Do tego szpilki z obcasem długości odwrotnie proporcjonalnej do poziomu aj qju. Egzemplarz z gatunku tych, których potomstwo kaczy dzióbek odziedziczy w genach.

Niestety, tak jak podejrzewałem, biedactwo filmu nie zrozumiało. Ani trochę. Swoją dociekliwością jednak wzbudziła mój zachwyt. Z czwartego rzędu, w kierunku ekranu pluła głębokimi pytaniami w stylu:

A czemu on ćpa? – na widok J. Leto wciągającego kreskę białego proszku.
Czy on chce się zabić? – na widok płaczącego w samotności McConaugheya sięgającego po broń.
O co chodzi? – na widok zamkniętych drzwi z napisem „nakaz eksmisji”.

Szeptem? Półtonem może chociaż? A skąd! Normalnie, bez skrępowania, full volume. Tak jakby Matthew miał jej za chwilę z ekranu odpowiedzieć. Nie zdziwiłbym się, gdyby gdzieś w indeksie tej pani widniał wpis z przedmiotu Emisja Głosu z oceną co najmniej 4.0.

Umówmy się, Dallas Buyers Club to obraz niewymagający specjalnego skupienia. Ludzie, to nie Lynch. Nie ma tam ukrytych wątków. Nie ma miejsca na domysły. Nie ma retrospekcji. A mimo to okazał się dla niektórych za głęboki.

Drodzy panowie, wbrew temu co się mówi, kino to świetne miejsce na pierwszą randkę. Jeśli kobieta gada w czasie seansu, to najpewniej nie potrafi też powstrzymać słowotoku w kilku innych nieodpowiednich momentach.

Tak, wiem, znów mam ból dupy. Nie przeczę. Powiecie – oglądaj w domu, buraku. I wiecie co? Chyba tak zrobię.

  • http://zureklukasz.com/ zureklukasz.com

    muszę przyznać, że od jakiegoś czasu mam szczęście i takie sytuacje w kinie mnie omijają. współczuję.

    • http://otozto.pl/ Paweł Kadysz

      U mnie niestety jest w kratkę. Rozwiązaniem jest pojawianie się w kinie o dziwnych porach, np. w okolicach południa.

  • Dominika

    Kilka słów wstępu: wpadłam na ten blog przez przypadek i zostałam. 3 post > teraz wracam do wcześniejszych :)
    Jeśli chodzi o kino to (pomimo tego, że jestem sama kobietą) uwielbiam gderające kobitki w torebkach (nie koniecznie tych z materiału, foliowe (I love it!), malowanie się podczas seansu oraz zakładanie nóg na fotele znajdujące się przed siedzącym (oczywiście stopy, które zostały pozbawione obuwia..). Otóż to! zostaje oglądanie seansów porannych lub oglądanie filmów w domowym zaciszu.
    Pozdrawiam! :)
    Kinomaniaczka z Bstoku.

  • http://www.uglywriter.blog.pl/ uglywriter

    Moja wizyta w kinie na ostatnim Hobbicie pozostanie niezapomniana.Widownia jak zahipnotyzowana, dało się obejrzeć.Sobie i każdemu życzę takich seansów.

  • http://www.karinaostapiuk.pl/ Karina

    ach, te słynne didaskalia kinomaniaków.