Nowy rok

Nowy rok

I oto jest. Piękny, wspaniały, jeszcze nie rozpakowany, pachnący nowością, nienoszony, wyprasowany na kancik Nowy Rok.

Po krótkich oględzinach okazuje się, że jednak trochę zarzygany. Cuchnący wódką, resztkami świątecznego karpia i ruskim winem gazowanym, dumnie – acz błędnie, określanym przez niektórych mianem Szampana. Z bólem głowy i spuchniętą wątrobą z alkoholowej agonii wyczołga się dopiero w okolicach 3 stycznia. Nowy Roku, witamy w Polsce.

Stary rok nie wytrzymał 365 dni i podał się do dymisji już na początku czerwca 2013. I wcale się nie dziwię. Kiedy o północy przekraczał gdzieś w Bobrownikach wschodnią granicę naszego kraju, stał się świadkiem scen jakich nie powstydziłby się Wielki Gatsby, albowiem imprezy jakie my, Polacy potrafimy urządzić przyćmiewają swoim rozmachem marne prywatki pozostałej części globu.

Szkoda tylko, że nie potrafimy ich kończyć tak jak Gatsby. To znaczy w pionie, rozprawiać o wyższej kulturze, dopijając ostatnią szklaneczkę whiskey. Nasze imprezy sylwestrowe kończą się raczej w stylu The Walking Dead. Pozbawieni rozumu i władzy w nogach czołgamy się w poszukiwaniu tych jeszcze nie dobitych aby wgryźć się w ich poczucie godności nieśmiertelnym „Ze mną się nie napijesz?” i tym samym zwerbować w szeregi zupełnie pijanych zombie. Ofiarą pada także Nowy Rok. Jestem pełen podziwu, że 31 grudnia udaje mu się dotrzeć choćby do Frankfurtu.

Bowiem bez względu na to czy to sylwester miejski, wiejski, z dwójką, Polsatem, z rodziną czy ze znajomymi, z dziećmi, bez dzieci, zorganizowany bal czy spontaniczna domówka, w domu czy przed domem. Bania musi być.

Profesor zwyczajny Uniwersytetu Jagiellońskiego 1 stycznia cierpi syndrom dnia kolejnego dokładnie tak samo jak bezrobotny recydywista z wątpliwą higieną jamy ustnej.

Ofiarą sylwestrowego szaleństwa pada każdy. A jeśli ktoś nie padł to na pytanie „Jak było?” i tak przezornie odpowie „Stary, nic nie pamiętam.” Bo to wstyd pamiętać. Według opinii publicznej nie nawalić się w sylwestra to zbrodnia gorsza niż zabójstwo z premedytacją. To ciężki grzech i plama na honorze. Kwestią czasu jest, aż któryś poseł złoży w sejmie projekt ustawy, wg. której będziemy w noc sylwestrową łapać trzeźwych i zamykać ich w więzieniach. Może się gnoje nauczą.

Nie może być tak, że nowy rok zaczynamy już 1 stycznia. Wielu z nas obudzi się dopiero drugiego. A znajdą się i tacy, co z wersalki zwloką się w okolicach lutego. Noworoczny reset u niektórych trwa wyjątkowo długo.

Reset to akurat świetny termin na określenie tego co się w ową magiczną noc wyprawia. Większości z nas wydaje się, iż oto z chwilą kiedy dłuższa wskazówka mija godzinę 00:00, winy poprzedniego roku zostają zapomniane. Koniec. Delete. File > New. Zmotywowani, pełni zapału i wódki ludzie postanawiają. Padają naprawdę absurdalne deklaracje. Ktoś będzie więcej czytał. Ktoś zacznie ćwiczyć. Ktoś się w tym roku na pewno zakocha. Ktoś rzuci pracę. Ktoś schudnie pół tony. Ktoś inny przestanie bić żonę. Ktoś napiszę książkę. Ktoś rzuci palenie. A ktoś założy bloga :P

Jednak pośród noworocznych postanowień prawdziwą perełką, która niezmiennie od kilku lat wprawia mnie w cudowny humor, jest stwierdzenie „Od dziś piję mniej!” lub totalnie hardkorowe „Od dziś nie piję!” Szczególnie komicznie brzmi echo takiego stwierdzenia wybełkotanego wprost w sedesową otchłań.

Ja również mam postanowienia. Nie jedno. Nie dwa. Postanowień mam całą masę. Jednak rozstania z alkoholem nie przewiduję. Albowiem picie fajnym zajęciem jest, jak mawia Piotr Bałtroczyk. A w ustach Polaka deklaracja abstynencji brzmi po prostu śmiesznie.

Nowy Roku, witamy w Polsce. A teraz siadaj i obserwuj. Czeka Cię 365 dni ze mną i resztą najciekawszego Narodu na świecie. Zapnij pasy, bo to co widziałeś dzisiejszej nocy to dopiero początek.