Maestro, muzyka!

Maestro, muzyka!

Poniższy tekst mógłby być tekstem sponsorowanym. Sponsorowanym tak bardzo, bezwstydnie. Niczym bezrobotna studentka, którą stać na apartament w centrum Warszawy i nowe, czerwone Mini.

Zanim jednak dołączę do grona ciągle tych samych gęb. Zanim zacznę za sowitą opłatą rzeźbić Wasze opinie na temat produktów podsyłanych przez wielkie korporacje musicie wytrzymać ze szczerym, nieskorumpowanym opisem moich doświadczeń.

To Wasza wina – po pierwsze jest Was tu za mało. I trochę moja – po drugie za cienki jestem w uszach, żeby ogarnąć tak wymagający (haha!) biznes jak komercjalizacja bloga.

W ogóle to o wielu rzeczach nie mam zielonego pojęcia. Właściwie to o stosunkowo niewielu mam jakiekolwiek.

Gdyby ktoś zapytał mnie o nazwisko prezydenta Wenezueli nie byłbym w stanie udzielić odpowiedzi. Na pewno nie poprawnej. Ba! Gdyby ktoś zapytał mnie w jaki sposób warzy się piwo również bym zamilkł, mimo iż jestem hardcore userem.

Nie wiem też jaki jest aktualny kurs franka szwajcarskiego ani kto jest na pierwszym miejscu tabeli Ekstraklasy. O tym, że zupełnie nie orientuję się, która jest w tej chwili godzina, nie wspomnę. Zdarza mi się, że nie wiem nawet gdzie jestem.

To cudowne uczucie, kiedy to nie muszę już nic wiedzieć towarzyszy mi od momentu opuszczenia murów uczelni. Z chwilą uzyskania dyplomu uświadomiłem sobie, że oto nikt nigdy już nie będzie weryfikował mojej wiedzy, a to czy posiądę nową będzie zależało tylko i wyłącznie ode mnie.

I tak zupełnie świadomie nie poznałem topografii Azji Zachodniej. Nie znam ani słowa po koreańsku. Nie wiem jak działa silnik diesla ani – tym bardziej – czym różni się od benzynowego. Nie wiem też ile metrów kwadratowych mieści się w jednym arze.

To jak działa komputer, na którym piszę te słowa jest dla mnie taką samą tajemnicą jak to jak głośny jest jeden decybel. W kategoriach czarnej magii natomiast rozpatruję zasady działania WiFi, Bluetooth i mojego pilota do bramy garażowej.

Nie mam również bladego pojęcia co kryje się za skrótem NFC, aptX-csr ani co oznacza BasXPort technology. Ale mimo tak rażących braków. Mimo tej obrzydliwej ignorancji i drażniącej niewiedzy wiem, że bezprzewodowe głośniki T30 od Creative grają bardzo, bardzo dobrze. Wiem też, że potrafią grać nie będąc bezpośrednio podłączonym do źródła sygnału audio.

Wiem, że pokrętło odkręcone do połowy skali skutecznie odcina mnie od reszty świata. Odkręcone na full natomiast wprawia całe biurko w wibracje i sprawia, że laptop zaczyna w podskokach zmierzać ku jego krawędzi.

Wiem również, że sygnał Bluetooth jest na tyle silny aby przesyłać muzykę z odległości kilku metrów pokonując przy tym dwie ściany.

Wiem też, że Creative T30 Wireless kosztują 129,99 EUR i że są warte każdego centa. I wiem, że kupiłbym je jeszcze raz.

Muzyka natomiast, która sączy się z tych kilku wdzięcznie drgających membran należy do każdego ze znanych ludzkości gatunków. Od tępego techno, którego słuchanie fizycznie niszczy szare komórki, a od którego ciężko się oderwać, przez stare polskie szlagiery, aż po kawałki tak alternatywne, że słyszało je w sumie 6 osób.

Od rapu tak czarnego, że od samego słuchania spodnie opadają do kolan, przez Dolly Parton, Rynkowskiego, po klasykę tak klasyczną, że jedyne co można przy niej robić to grać w szachy… we fraku.

Od metalu, od którego krwawią uszy, przez jazz, szanty, aż po ambient, który świetnie sprawdza się jako soundtrack do narkotycznych tripów.

Bo moja muzyka ma być dobra. Mają być ciary na plecach, nucenie melodii całymi dniami i gęsia skórka. A że wywołał ją Justin Bieber czy Miley Cyrus? Cóż. Vivaldi każdemu w końcu może się przejeść.

  • http://zawziety.pl Tomasz Nawrot

    No, po prostu poezja!

  • Robert

    Z tym piwkiem skoro jesteś faktycznie heavy userem to polecam (oczywiście pod warunkiem, że jeszcze tego nie zrobiłeś) zainteresować się blogiem tego oto Pana http://www.blog.kopyra.com, jak i oczywiście innych z branży, tylko ostrzegam idzie stracić majątek:)