Jestem na diecie

Jestem na diecie

Koniec wiosny. Pierwsze upały wypłoszyły z jaskiń umęczone zimą dusze uwięzione w otłuszczonych ciałach. Wśród nich – ja.

Teoretycznie nie mam się czego wstydzić. BMI oscyluje w okolicach górnej granicy „normalności”. W samolocie dostaje pojedyncze miejsce. Matki nie straszą mną swoich dzieci. Nie do wiary nie zgłosiło się z propozycją nagrania odcinka ze mną w roli głównej. Generalnie, wciąż jest mnie łatwiej obejść niż przeskoczyć.

Jednak owczy pęd ku lepszej sylwetce, sześciopakom i żelaznej kondycji oraz moda na fit, trucht, jogging, insanity, maratony i pływanie są w tym roku wyjątkowo silne. Mój wall na Facebooku pęka od mapek „za pomocą Endomondo” krzycząc do mnie „Patrz, grubasie, Kaśka właśnie zrobiła 8,5km. Patrz! Widzisz?! A Ty? Opasły leniu!”

Na dodatek modzie uległa między innymi Narzeczona. Niegdyś wierna towarzyszka w wyczynowym uprawianiu lenistwa. Dziś zaczęła biegać. I nie jakieś marne 90 metrów wokół domu. Robi solidne dystanse. Przebiegi, które ja pieszo robię w miesiąc.

Biegać nie będę. Próbowałem. I nie, dziękuję, postoję. Żreć za to uwielbiam. Żrę i żarł będę. Postanowiłem przy żarciu zostać i nie przestawiać się zupełnie na czerpanie energii ze słońca i kosmosu. Od jakiegoś czasu jednak raczę się posiłkami zgoła innymi niż te z dotychczasowego menu.

W odstawkę poszło pieczywo, słodycze, napoje gazowane i cały Biedronkowy szajs napompowany nie wiadomo czym. Wraz z rozpoczęciem diety skończyły się też śniadanka i kolacyjki w KFC. Ofiarą mojego zdrowego odżywiania padł jegomość, który codziennie dowozi nam catering do biura. Zamiast tego na moim talerzu ląduje cała masa warzyw, owoców, nabiału, ryżu, płatków owsianych, orzechów i oliwy z oliwek.

Mówiąc „cała masa” dokładnie to mam na myśli. Mam wrażenie, że jem więcej. Dużo więcej. Ludzie! Ja po prostu wpierdalam. Nie są to jednak posiłki, które „czuje się” pół dnia. Trudno przecież czuć michę pomidorów, kurczaka i ryżu przez pół dnia. Dużo łatwiej „czuje się” za to cebulę, w którą dieta również obfituje.

Zdrowe odżywianie kosztuje więcej. Niewiele, ale jednak. Za to rezygnacja z gotowych posiłków i zaspokajania głodu w miejskich paśnikach to potężny cios w dzienny harmonogram. Doba skróciła mi się o dobre półtorej godziny. Szczególnie, jeśli kulinarne umiejętności do tej pory ograniczały się do smarowania chleba masłem, a w porywach do gotowania wody w czajniku… i to nie zawsze zakończonego sukcesem.

Przyznaję, że jeszcze dwa tygodnie temu ten tekst kończyłby się zupełnie inaczej. Miałem zamiar ponarzekać na wątpliwe walory smakowe egzotycznie brzmiącej pasty z awokado z kawałkami pieczonego kurczaka. Chciałem czepiać się ilości ryżu, jaką w siebie wsypuję. Brak czekolady wzmagał potrzebę pomarudzenia.

Dziś, po miesiącu, marudzić nie będę. Dlaczego? Bo widzę efekty. Nie są może spektakularne, ale schuść, faktycznie schudłem. Jednak nie pójdę drogą innych blogerów i nie będę wmawiać sobie i Wam, że oto miał miejsce dietetyczny cud i w miesiąc zrzuciłem 90% wagi, wyrobiłem sobie kondycję Usaina Bolta, czuję się jak młody bóg, Cola przestała mi smakować, a na widok hotłingsów mam odruchy wymiotne.

Wręcz przeciwnie. Wczoraj minął pierwszy miesiąc od rozpoczęcia diety. Jublieusz celebrowałem wpieprzając powiększony McZestaw. Po 22:00. Muj borze. Jakie to było dobre.

  • http://trzydziestkazvatem.blogspot.com/ Ola

    I słusznie. Ja będąc na diecie podobnej do Twojej jak na jakiś czas robię sobie Dzień Dziecka i jem to na co mam ochotę. Nie przytyję jeśli jednego dnia zjem więcej kalorii niż na co dzień :-)

  • http://sajmonman.blogspot.com/ Sajmonman

    Ja zawsze jestem na diecie. No, poza epizodami gastrofazy. I świętami. I kacami głodomorkami. Ale pozostałe 4 dni w roku to już rygor.

  • http://www.mamoniekrzycz.blogspot.com mamo, nie krzycz

    Ile to razy już zaczynałam – wiadomo, zawsze coś. Najgorzej, że mój zapał z reguły po tygodniu, no może dwóch tygodniach gaśnie. Bo jakoś nie ma kasy. Bo jakoś nie ma czasu. Bo po co się męczyć, skoro efektów brak. Eh.

    Ale Tobie powodzenia życzę:)

  • Anka

    Mój borze! Jak Ty wspaniale piszesz! Uwielbiam takie blogowanie – czysto, przejrzysto i mądrze! Bez zbędnego pier***, tylko do rzeczy, konkretnie i z przekąsem. Będę odwiedzać :) I na dodatek, bożesz ty mój białostoczanin :) Pozdrawiam i życzę wytrwałości w diecie :)

    • http://otozto.pl/ Paweł Kadysz

      Bardzo dziękuję. A że białostoczanin to dodatkowy plus? Koleżanka jak mniemam również z tych okolic? Pozdrawiam również!

  • Asia Nejfeld

    Znalazłam się tu przypadkiem 3 dni temu. Jeden tekst i wpadłam po uszy! Każdą „dziurę” w pracy wykorzystuję na przebrnięcie przez kolejne teksty, momentami muszę się bardzo powstrzymywać żeby nie zapluć monitora :) Twój styl jest zarazem uroczy i kąśliwy, treści wartościowe, zdjęcia genialne, sam design strony jak dla mnie mistrzostwo – wysmakowany minimalizm i prostota. No po prostu wszystko tutaj gra i buczy! I tak przesiadując tutaj kolejny dzień dowiaduję się, że jeszcze mój ukochany (choć opuszczony kilka lat temu) Białystok… Wpadłam jak przysłowiowa śliwka w kompot. Nie pozostaje mi nic innego jak podzielić się tym dobrem z resztą niczego nieświadomych znajomych!

    • http://otozto.pl/ Paweł Kadysz

      Dzięki za miłe słowa. Cieszę się, że teksty się podobają. To motywuje do pisania kolejnych, miejmy nadzieję, jeszcze lepszych.

  • http://dizajnuch.pl/ Jacek eM

    Bodziu, jak ja Cię rozumiem. A po Bożym Narodzeniu i Tłustym Czwartku spędzonych o suchym ryju jakby bardziej… Nawet jeśli potem przeczytałem, że już Ci dieta przeszła :)