Idź na swoje

Idź na swoje

Rok 2007. Mam 21 lat. Mieszkam z rodzicami. W małym pokoju około 12m². W ciasnych czterech ścianach pomalowanych na intensywnie zielony kolor.

Na jednej z nich fototapeta – kosmos. Kosmos jest nieskończony. I faktycznie, nie zmieścił się na jednej ścianie. Nachodzi na drugą i część sufitu.

Za zielonym tapczanem czarny regał. Na regale niebieski model Dodge Vipera, 50 numerów archiwalnych CD-Action, 12 tomów ilustrowanej encyklopedii, a na nich półcentymetrowa warstwa kurzu. Przed tandetą kompletną pokój ratuje jedynie brak meblościanki.

Pod sufitem wisi biały żyrandol pamiętający jeszcze czasy pierwszej komunii. Dwie żarówki są przepalone. Trzecia wyzionie ducha lada moment. W miejscach wolnych od kosmosu porozwieszane plakaty. Zdjęcie starego, różowego Buicka i wizerunek derwisza z Guild Wars.

Pod tapczanem srebrny zegarek Casio, zgubiony kilka miesięcy temu i prasowana kość, którą pies „zakopał” ale odkopać już nie dał rady. W rogu pokoju stary komputer. Obudowa rozkręcona, bo w pokoju jest duszno, mimo późnej zimy za oknem.

Na tapczanie leżę ja – główne źródło ciepła i smrodu w pokoju. Dogorywający po kilkudniowym studenckim wypadzie na Ukrainę. A może Białoruś? Wypad był z kategorii epickich. Epickich do tego stopnia, że zanim wyjechaliśmy z Białegostoku, w autokarze skończyła się wódka. Musieliśmy uzupełnić zapasy na pierwszej stacji benzynowej za miastem. Wódka skończyła się drugi raz, zanim odjechaliśmy ze stacji.

I właśnie wtedy, kiedy mój – nadwyrężony zwiedzaniem świata – organizm ostatkiem sił rozkładał etanol na zielonym tapczanie, nastąpiło popisowe wejście smoka w wykonaniu Rodzicielki mej jedynej. A wiedzieć musicie, że ta kobieta nie patyczkuje się. Mamusia wchodzi do pokoju tak jak Tatuś robi dziubek. Tak, że nie ma chuja we wsi.

Nie boi się, że wybije szybę w drzwiach. Nie wybije, bo wybiła kilka miesięcy wcześniej. Wchodzi i coś krzyczy. Żąda czegoś. Wydaje polecenia. I zadaje pytania. A ja przecież nie wiem jak się nazywam. Wiem za to, że to ostatni raz, kiedy jestem budzony w ten sposób. I wiem, że ze „starymi” mamy się już po dziurki w nosie.

Za swoje marne oszczędności, jeszcze tego samego dnia wynająłem niewielkie mieszkanie po drugiej stronie miasta. Nie przeglądałem tysiąca ofert. Nie negocjowałem cen. Nie robiłem wywiadu. Wklepałem „mieszkania białystok” w Google, kliknąłem w pierwszy link, zadzwoniłem, wpłaciłem kaucję i odebrałem klucze. Dwa dni później wróciłem do domu po resztę swoich rzeczy.

Bez pracy. Bez stałego źródła dochodu. Bez lodówki rodziców. Za to z wynajętym mieszkaniem, paliwożernym samochodem i pustą, własną lodówką. Zostałem sam. Koszty utrzymania się przy życiu z dnia na dzień wzrosły z 0 do prawie 2000zł. 1600zł, gdybym zrezygnował z auta.

I to, proszę Państwa, uczy wielu rzeczy. Na przykład tego, że spontaniczne decyzje podejmowane po powrocie zza wschodniej granicy mogą się skończyć bezdomnością.

Ale przede wszystkim uczy tego, że nie ma „nie da się”. Nie ma „nie ma pracy dla mnie”. Nie ma „nie będę pracował na umowie śmieciowej”. Nie ma „za tysiąc nie będę robił” nie ma „państwo niszczy przedsiębiorczość”. Nie ma. Bo jakby było to zdechłbym z głodu na ulicy. Albo wrócił do zielonego pokoju.

Szybko nauczyłem się robić coś, za co ludzie chcieliby mi zapłacić. Nie polegałem na studiach. Nie polegałem na znajomościach. I przede wszystkim nie czekałem aż ktoś przyjdzie do mnie, weźmie za rączkę, da umowę o pracę za 3500zł na rękę i poklepie po plecach. Szybko też poznałem prawdziwe znaczenie zwrotu „hajs się musi zgadzać”. Bo kilkukrotnie na koniec miesiąca mi się po prostu nie zgodził.

Decyzja o opuszczeniu rodzinnego gniazda, mimo, że podjęta nagle, bez przemyślenia, pod wpływem emocji i na ostrym kacu była jedną z najlepszych w moim życiu. Dziś uważam, że Rodzice częściej powinni organizować akcje jak ta opisana wyżej celem pozbycia się z domu notorycznie nawalonego darmozjada – mnie.

I nie. Wbrew temu co można z tego tekstu wywnioskować, nie wychowałem się w rodzinie patologicznej. No może trochę ;) Każdy chyba przechodzi przez okres, kiedy najchętniej wymordowałby własną rodzinę. I z wzajemnością.  A kiedy „starzy” doprowadzają cię do szału to najlepszy moment na wyniesienie się z domu. Zanim będzie za późno. Zanim się przyzwyczaisz.

Bo jeśli masz 25 lat, skończone studia i mieszkasz z rodzicami to wiedz, że coś się dzieje… nie tak jak dziać się powinno. Nie masz pracy nie dlatego, że jej w naszym kraju nie ma, ale dlatego, że po prostu nie musisz jej mieć. Przeszkadza ci umowa śmieciowa nie dlatego, że coś z nią nie tak, ale dlatego, że tak naprawdę nie potrzebujesz pracy. A minimalną krajową zarabiasz dlatego, że tyle ci wystarcza.

Nie masz partnera nie dlatego, że jesteś niewyobrażalnie szpetny ale dlatego, że mając prawie 30 lat na propozycję „Może pójdziemy do ciebie” odpowiadasz „Nie możemy, rodzice są w domu”.

  • Katarzyna Depa

    Ostatnie zdanie podsumowało wszystko.

    • http://marekmatysiak.com Marek Matysiak

      Tagi na końcu świetnie uzupełniają to podsumowanie ;)

  • Nycza

    „Nie masz pracy nie dlatego, że jej w naszym kraju nie ma, ale dlatego, że po prostu nie musisz jej mieć. Przeszkadza ci umowa śmieciowa nie dlatego, że coś z nią nie tak, ale dlatego, że tak naprawdę nie potrzebujesz pracy. A minimalną krajową zarabiasz dlatego, że tyle ci wystarcza.” Otóż to, dobry kop :)

  • http://eksperymentalnie.com/ Agata Chmielewska vel Kurczak

    kto choc raz zasmakował życia „na swoim”, czyli poza domem rodziców tak łatwo nie wróci tam znowu, obniży standard życia, przyciśnie pasa, znajdzie dodatkową robotę, własnie po to by nie wracać. oczywiście są wyjątki, ale ja ich nie znam ;)

    • http://zblogowany.pl/ Ana

      Co prawda, to prawda, ale te wyjątki czasem są. Głównie na wsiach i w małych miastach, gdzie nie da się znaleźć dodatkowej pracy i zacisnąć pasa. Na ten przykład ja np. nie marzę o powrocie do rodzinnego domu, pasa zaciskac nie muszę, ale mieszkam „na swoim” w takim miasteczku, że ze względu na odległość do domu rodzinnego nie mogę się doczekać, aż wrócę do mamusi. Już odliczam dni. Choć w domu z mamusią, jak to z mamusią – też różnie bywa :)
      Albo jest też druga opcja: znajdę pracę daleko (może być nawet całkiem blisko, w takim Białymstoku:) stąd i w wielkim mieście. Bo uroki małego są takie, że Cię nie znają, nie wiedzą, jak wyglądasz, ale i tak wszystko o Tobie wiedzą. Chcesz czy nie – i tak doniosą Ci, o której gasisz światło i że kolega, to narzeczony – jak mogłaś się nie pochwalić! A jeszcze więcej od sąsiadów, których ze względu na tryb pracy właściwie nie widujesz, wiedzą znajomi znajomych Twoich znajomych z pracy, którym mówisz tylko szybkie „cześć” w korytarzu. Więc zwykle tak: 25 lat i mieszkanie z rodzicami to nie to, czego by się chciało. Ale gdy się trafia na prowincję, to jednak czasem okazuje się, że z rodzicami mieszka się po prostu przyjemniej.

  • http://www.malvina-pe.pl/ Malvina Pe.

    Za-je-bis-ty tekst. Tom Ci powiedziała :D

  • http://www.uglywriter.blog.pl/ uglywriter

    Nic tylko rzucić tym tekstem w twarz wszystkim maminsynkom :)

    • Aine

      You made my day :)

  • Ola

    Zabawne, że po niecałym miesiącu od przeczytania Twojego tekstu, będąc panną w wieku niecałych 20 lat też pozbierałam manatki i się wyniosłam. Może nie od razu na swoje, bo póki co śpię kątem u przyjaciół w akademiku (co przy mojej pracy na dwie zmiany skutkuje powrotem po 23 lub pobudką o 4), ale załatwiłam już pokój od lipca. Zostałam sama, bez pieniędzy, jedzenia, patelni, tylko z kilkoma torbami ubrań.
    Takie spontaniczne decyzje uczą wielu rzeczy, ale najważniejsze by mieć grupę znajomych, którzy pomogą gdy jest źle :)

    • http://otozto.pl/ Paweł Kadysz

      Jestem z Ciebie dumny. Serio.

  • Nina Wum

    Jak bardzo Prawda. Z domu wyniosłam się w podobnych okolicznościach – co prawda nieskacowana, za to chora, bez prawdziwej roboty (trudno takową nazwać ćwierć etatu za kilkaset zł), bez planu i bez pojęcia, co dalej. Dało radę. Relacji z Le Maman nigdy nie odbudowałam, ale też i nie było specjalnie czego. Pozdrawiam Autora, będę tu wracać. Nina