Hedonizm spaślaka

Hedonizm spaślaka

Kilka miesięcy temu pisałem o moim, jak się okazało, chwilowym, acz dotkliwie bolesnym przejściu na dietę.

Jak się domyślacie na diecie już nie jestem i nie zamierzam szybko na nią wrócić. I to wcale nie przez moje wypielęgnowane lenistwo, ale przez czysty, zdrowy rozsądek. Jak bardzo trzeba być pozbawionym rozsądku właśnie by jedzenia odmawiać sobie, lub bardzo je ograniczać w okresie świątecznym.

Ale zacznijmy od początku. Nie było tak, że jeść lubiłem od zawsze. Jako dziecko byłem chudy jak patyk, a jedzenie było dla mnie przykrą koniecznością. Gdybym urodził się 6 lat temu, moi rodzice dziś siedzieliby w pierdlu za zaniedbanie, a mnie wysłanoby na leczenie anoreksji. Na szczęście urodziłem się w trochę bardziej normalnych czasach. Po prostu nie bardzo lubiłem jeść. I nikt mnie do tego specjalnie nie zmuszał.

Właściwie, to ciężko określić kiedy narodziła się we mnie miłość do wypychania brzucha różnej maści żywnością. Być może coś zaikrzyło podczas jednego z tzw. „gastro” po mocno zakrapianej imprezie. Ci, którzy wiedzą o czym mówię, wiedzą też, że niewiele jest przyjemniejszych uczuć niż duży kebab lądujący w łaknącym kalorii żołądku, który od kilku godzin nie trawił niczego oprócz wódki.

Dziś wiem jedno. Od jakiegoś czasu jeść kocham. Mało tego. W wyjątkowych okolicznościach lubię nawet żreć. Miłość tą dzielę z Żoną, która tak jak ja, wyżej stawia walory smakowe pieczonych żeberek aniżeli sałatki z rukolą.

Nie zamykam się na żadną kuchnię. Chętnie pożrę podwójnego burgera z frytkami. Równie chętnie skonsumuję sushi, sajgonkę, pizzę, małże i bagietkę z kwaskawym majonezem. Niekoniecznie w tej kolejności. Nie mam oporów przed konsumpcją potraw dziwacznych, w których skład wchodzą żyjątka nie koniecznie kojarzące się z obiadem przeciętnemu Januszowi.

Nie musi to być kuchnia Ą-Ę. Wystarczy, że będzie dużo i smacznie. Może być zdrowo, ale nie musi. Nie ma bowiem nic gorszego niż odmawianie sobie przyjemności jedzenia tylko dlatego bo tak jest zdrowiej. No chyba, że lekarz wyraźnie zaznaczył, że następna goloneczka w piwie może być tą ostatnią.

Gwoli ścisłości, nie jest tak, że żrę na codzień jak świnia. Odżywiam się raczej normalnie. Ale jeśli nadarza się okazja, to niczego nie odmawiam.

Szynka szwarcwaldzka, kindziuk, kabanosy, wspomniana golonka, pieczone ziemniaki, gotowany ryż, salami, pizza serowa z dodatkowym… serem. Kaczka, kurczak, indyk, świnia, zając, krowa, gouda, camembert, oscypek, brie, kalmary, krewetki, śledź, łosoś, dorsz, makrela i węgorz. Nie dyskryminuję. Naprawdę. Zaproszeni są wszyscy.

I mówcie co chcecie, drodzy moi fit-obłąkańcy. Nawet jeśli trochę dłuższe, to Wasze życie nie będzie kompletne, jeśli nie zdarzyło Wam się paść na plecy głośno wzdychając „nie dam już rady” po czym wsunąć jeszcze jeden kawałek pizzy.

Niewiele jest bodźców skłonnych konkurować ze smakiem rozpływającego się w ustach grillowanego sera. Niewiele jest uczuć piękniejszych niż uczucie głodu mordowanego z nawiązką, na zapas, tak… żeby już nie wstał.

Dlatego przy całej niekrytej niechęci do sejmowej tłuszczy jestem w stanie zrozumieć posłankę Pawłowicz. Tylko dlaczego, do cholery, wpieprzała sałatkę.

  • Darek

    Otóż to! Jedni jedzą dla przyjemności, inni żeby przeżyć :) Lubię jeść. Lubię dużo innych rzeczy. Twoje teksty są na tej liście :)

    Wesołych Świąt :)

  • Malvina-Pe.

    Niekoniecznie piszemy łącznie! Polecam słownik języka polskiego w przerwie między posiłkami. Tekst spoko.

    ;)

  • Malvina-Pe.

    Dupek! Komentarza nie dodał, ale błąd poprawił. Wstyd się do błędu przyznać co? Tracisz czytelnika! I uważaj by Ci karp w gardle nie stanął ; )

    • http://otozto.pl/ Paweł Kadysz

      Pani Pająk się uspokoi, bo jeszcze zgagi dostanie :P

    • Malvina-Pe.

      Żaden Pająk, wkurza mnie to, że wiele osób mnie porównuje, a nawet jej nie czytam. Zwracam honor.

  • Asia

    A kiedyś pisałeś co tydzień. Smutno :(