Jestem graczem

Game over

Od czasu do czasu lubię chwycić myszkę celem innym niż przejrzenie Pudelka, lanie hejtu na Facebooku, czy zarobienie kolejnego miliona.

Od zawsze pykałem w coś na wszelkiej maści maszynach. Nigdy jednak nie miałem starej „konsoli”, przez co o mały włos nie zostałem pośmiewiskiem podwórka. Ani ZX Spectrum, ani Amigi ani Pegasusa nawet. Nie modliłem się do magnetofonu ani nie dmuchałem w kartridże. Zacząłem od PC. Szlachta.

Komputer ów jednak nie przypominał ani trochę obecnych maszyn. Zajmował pół szafy, a 14-calowy monitor do niego podłączony obraz wyświetlał w dwóch barwach – czarnej i białej. System operacyjny, owszem od Microsoftu. Tyle że nie Windows, a DOS. I Xenon. Gra, od której zacząłem zanurzanie się w wirtualnych światach.

Po wybrykach w czarno białym kosmosie przyszedł czas na pierwszego Prince of Persia, Heretica, i SimCity, które na zawsze zrobiło ze mnie maniaka wszelkich tycoonów.

Nie wiem czy to fakt, że jestem fanem gier strategiczno ekonomicznych przyczynił się do tego, że nieźle idzie mi zarabianie pieniędzy, czy było na odwrót. To smykałka do biznesów ciągnęła mnie do trzepania hajsu nawet w wirtualnej rzeczywistości?

Pamiętam 10-godzinne sesje przy komputerze. Ogrywanie demo Last Bronx na jednej klawiaturze z kumplem. Pamiętam niespotykaną radochę, jaką dawał rozpiździel w Fighting Force. W Half Life graliśmy na zmianę. Kiedy jeden mordował kosmiczne kraby, drugi siedział obok bawiąc się wcale nie gorzej. Pamiętam charakterystyczny dźwięk ścinanych drzew w Warcraft. I pełne portki przy pierwszym Resident Evil.

Przy grach zarywałem nocki w podstawówce, gimnazjum i liceum. Na studiach zacząłem zarywać nocki z innych powodów, ale wciąż grałem. Grałem po studiach, po założeniu firmy i po otworzeniu pierwszego biura. Ba! W obecnym biurze mam starego Xboxa, dwa zdezelowane pady i ponad 20 gier. W przerwach między kolejnymi projektami okładamy się wirtualnymi pięściami postaci z Tekkena.

Wcielanie się w cyfrowych bohaterów, kreowanie własnej historii zupełnie oderwanej od rzeczywistości czy budowanie własnego imperium i podbijanie świata (lub światów nawet) kręci mnie cholernie. Kontrola nad tym co dzieje się na ekranie przyjemniejsza jest znacznie od braku tejże nad realnym światem.

Dlatego mogę nie pójść do kina na nowy film ulubionego reżysera. Mogę przegapić nowy album jednego z najczęściej słuchanych artystów. Ale jeśli Blizzard szykuję właśnie kolejny dodatek do World of Warcraft, Namco zapowiedziało nowe mordobicie, a Nathan Drake wybiera się na jakieś zadupie po kolejne świecidełko, to po wszystkie te gry zgłoszę się w dniu premiery. I to pomimo braku czasu na samą rozgrywkę.

Bo niestety pomimo wielkich planów zbudowania sobie jaskini gier z kozackim nagłośnieniem, kilkoma konsolami, wygodną kanapą i projektorem z kosmiczną rozdzielczością na grę co raz rzadziej znajduję chwilę. Dni, kiedy mogę choćby na 2h wskoczyć do Azeroth są pewnego rodzaju świętem. Popieprzyły się priorytety. Zamiast kolejnego levelu wbijam do księgowej. Zamiast następnego bossa pokonuję deadline’y.

Oprócz urlopu w ciepłych krajach marzy mi się taki, kiedy będę mógł jak za starych dobrych czasów nie odkładać pada przez tydzień. Ostatni raz tak naprawdę grałem dwa tygodnie temu. I nic nie zapowiada, żebym w ciągu kolejnych czterech znalazł choćby chwilę na wirtualną rozrywkę. Game over?

Continue? 9… 8… 7…

  • http://sajmonman.pl/ Sajmonman

    Hieh. „Jestem na to za stary”, myślę, gdy w multi CoDa jakiś jedenastolatek o ksywie iBanGedyouRmoM, po wyłapaniu kolejnego headshota obrzuca mnie epitetami, których 99% moich rówiesników pewnie by nie zrozumiała.
    „Jestem na to za młody”- gdy zamiast iść za hajs własny balować, spędzam 163 godzinę w Skyrim.
    „Jestem na to… a, jebać to”. I na dysku ląduje jakiś Wiedźmin, NFS czy Alien.

  • kazziz

    Bardzo podzielam.