Być jak Santana

Być jak Santana

Za wschodnią granicą dzieją się rzeczy straszne i niesprawiedliwe. Wojna wisi na włosku. Oto stajemy w obliczu wielkiego kryzysu.

Niezależnie od tego jak się to wszystko skończy, w najbliższych tygodniach będziemy świadkami wydarzeń przełomowych, które na kartach historii zapisane zostaną pogrubioną czcionką.

Ładnie wyolbrzymiam?

I tak, wzorem setek samozwańczych politologów i historyków, mógłbym snuć analizy na temat aktualnego konfliktu rosyjsko-ukraińskiego nie mając o tym zielonego pojęcia. Mógłbym wyciągać wnioski z mimiki Putina, albo podniecać się gościem, który łamie długopis na Youtube.

Niczym wszechmocna Unia, NATO, ONZ, USA, O.N.A, U2 i, chyba, KNŻ nawet, mógłbym wyrazić na łamach Facebooka swoje głębokie oburzenie. Mógłbym w ramach owego oburzenia zaprzestać tankowania na stacjach benzynowych z rosyjskim paliwem. I pal sześć fakt, że i tak nigdy tam nie tankowałem. Teraz mógłbym nie tankować w imię wyższego celu. Mógłbym…

… ale nie. Ja myślę tylko o tym, że do ślubu zostało mi niewiele ponad pół roku i to właściwie ostatni dzwonek aby a) rozkochać w sobie Wybrankę jeszcze bardziej, do tego stopnia, że jakiekolwiek Jej wątpliwości pod ołtarzem nie miałyby najmniejszych szans lub b) znaleźć sposób, by w razie, gdyby wątpliwości Wybranki jednak szanse miały, nie spędzić reszty życia w samotności.

A cóż działa na kobiece serca bardziej rozmiękczająco niż facet z gitarrrą? Otóż, wbrew pozorom jest tego całkiem sporo. Wymienię choćby słodkie szczeniaczki rasy Labrador, Pamiętnik z Ryanem Gosslingiem i Rachel McAdams, ciasto czekoladowe, ścieżkę dźwiękową z Uwierz w ducha, ciepły wiosenny deszcz, Matthew McConaugheya i kwitnące konwalie.

Wszystkiego powyżej już próbowałem i została mi właściwie tylko gitarrra. Zawsze chciałem umieć grać. Na czymkolwiek. W podstawówce dmuchałem, co prawda, w dziurawy patyk i nawet dostałem w związku z tym pozytywną ocenę z gry na flecie. Na tym jednak moja kariera muzyczna się skończyła.

Rodzice widząc moje marne poczucie rytmu i wątłą budowę ciała nie popchnęli mnie ani w sport, ani w muzykę. Z drugiej strony, powinienem być im wdzięczny, bo nie skończyłem też w cyrku, mimo, że ze swoją nienaturalnie dużą głową byłbym nie lada atrakcją. Człowiek Lizak – tak zapowiadałby mnie konferansjer.

Nie zostałem więc polskim Ronaldo czy Frankowskim chociażby. Nie szuram na skrzypcach jak Vanessa-Mae. Nie plumkam w fortepian jak Możdżer. Nie dmę w złotą tubę jak Stańko. Cholera, nawet nie klaszczę jak Rubik.

Ale to się niedługo zmieni. Nabyłem, bowiem, drogą kupna instrument. Niebanalny. Piękny. Instrument, o którego kupno nigdy bym się nie podejrzewał.

Znacie to uczucie, kiedy po naprawdę dobrej imprezie sprawdzacie stan konta i okazuje się, że brakuje ładnych kilku stówek? A po kilku dniach do drzwi puka kurier z zestawem do produkcji waty cukrowej? Albo z wszystkimi odcinkami Benny Hilla na Blu-ray? Albo z podręcznikiem konserwacji sterowców? Ja znam. Dlatego nie specjalnie zdziwiłem się, kiedy znajomy donosiciel podrzucił paczkę ze sklepu muzycznego.

Czyżbym miał zostać następnym Slashem? A może mam zamiar zdeklasować Hendrixa? Przesadzam? Może chociaż zawstydzę Claptona? Co było w paczce? Gibson? Fender? Les Paul?

Nie, proszę państwa. Kupiłem ukulele. Tak jest. Oto cały ja. Świat stoi u progu III wojny światowej, a ja kupuję małą gitarę. Zostanę mini Carlosem Santaną. Na pohybel ruskim. I w imię miłości!

  • https://www.facebook.com/alex.lubinski.9 Alex

    Ukulele ma skalę 24.75″ (taką samą zresztą, jak Gibsony), PRSy (w tym te Santany, o ile się nie mylę) mają 25″, więc close enough, czyli nie jak Carlos Santana, tylko raczej jak Jimmy Page czy Ace Frehley

    • http://otozto.pl Paweł Kadysz

      Dzięki. Daleko mi do posiadania takiej wiedzy.

  • http://zawziety.pl Tomasz Nawrot

    To było takie piękne. Oddanie się temu, czego się po tobie nigdy, bym nie spodziewał – Ukulele, a jednak masz i podziwiasz może będziesz też grał…?

  • AB

    Przecież już sama nazwa: ukulele brzmi tak, że to się musi udać ;-)