Bez lampasów

Bez lampasów

To, że nie mam dresu jest powodem wielkiego stresu mojego superego, ale też mojego id. Pod blokiem moim każden jeden się stroi. W pięknym stroju wymontowuje radia…

Tak zaczyna się jeden z kawałków Kazika. Pan Staszewski miał jednak na myśli czarny ortalion. Tajemniczy mundur wyznawców mordobicia. Element tradycyjnego stroju gatunku, którego przedstawiciele zwykli witać się gromkim „chcesz wpierdol?”. Białe lampasy w liczbie maksymalnie siedmiu wskazują poziom IQ właściciela. Sportowe spodnie z łatwopalnego materiału charakterystycznie szeleszczącego na wietrze to dziś symbol nieuzasadnionej agresji oraz wątpliwej elokwencji. Ale ja nie o tym chciałem.

Spodnie, czy w ogóle – ciuchy – są różne. Podobnie jak różne są okazje, które danego stroju wymagają. Na codzień w biurze pojawiam się w byle czym i czerwonych trampkach. Jeśli wydarzyło lub dopiero ma wydarzyć się coś ważnego – wciskam się (o ile jeszcze się mieszczę) w elegancki garnitur. Wybierając się na pijacką imprezę z kumplami zakładam nadprutą koszulę, którą na owej imprezie i tak najprawdopodobniej zgubię. A do lasu z psem idę „w tym samym co wczoraj”.

Mam jednak w garderobie specjalną półkę. Pięknie oświetloną. Pojęcia nie mam jak to działa, ale kiedy się do niej zbliżam, w tle zaczyna grać muzyka. Wzniosły kawałek z rodzaju tych, które towarzyszą scenom z filmowych romansów, kiedy dwoje zakochanych pada sobie w ramiona na plaży gdzieś na końcu świata.

A na półce – Dres. Szary. Miękki. Nie ma lampasów. Nie wydaje żadnego dźwięku przy każdym ruchu. Podejrzewam też, że rozpalić nim w kominku byłoby raczej trudno. Ot, Dres z dresu. Luźny. Wręcz jakby trochę za duży.

Moment, w którym wciągam te – w teorii sportowe spodnie – na swoją leniwą dupę jest absolutnie wyjątkowy. Oto od tej chwili nie muszę już nic. Nie ma mnie dla nikogo. Nie dotknę ani jednego pliku. Nie napiszę ani jednego maila. Nie odbiorę ani jednego telefonu. Nie obchodzi mnie nic. Niezapłacony ZUS, głodny pies czy cieknący kran są mi obojętne. Oto jestem tylko ja, Dres i nicnierobienie.

Strój to iście magiczny. Kiedy Dres zakładam – robi się sobota. Nawet jeśli przed chwilą był wtorek. Kiedy zdejmuję – poziom endorfin spada do poziomu poniedziałkowego.

Dres najlepszy jest świeżo wyprany. Kiedy pachnie jakimś cudownym proszkiem z milionem kultur bakterii active fresh, czy nawet samym Zygmuntem Chajzerem. Ale może też trącić wczorajszą pizzą. To zapach nawet lepszy, bo oznacza, że dzień wcześniej z pizzą miałem kontakt.

Do Dresu świetnie pasuje piwo. Nawet o 9:00 rano. Piwo, wygodna kanapa i Ry Cooder. Organizm przechodzi wtedy w przyjemny tryb stand-by, z którego ciężko jest się później wygrzebać.

W Dresie nie wychodzę z domu. Ba! Nie podnoszę się nawet z kanapy. Nie sprzątam. Nie gotuję. Nie rozmawiam. Nie myślę. Nie rozumiem. Gdybym mógł, nawet bym nie oddychał. A przede wszystkim, w żadnym wypadku nie uprawiam w Dresie sportów.

W garderobie trzymam też bluzę z dresu, która świetnie komponuje się ze spodniami. Ta jednak zamknięta jest w skrzyni zabezpieczonej złotą kłódką. Otwieram ją tylko w naprawdę wyjątkowych sytuacjach. Przyodzianie pełnego uniformu obiboka zdarza mi się rzadko, ale jeśli już się skuszę – leżę plackiem ponad tydzień.

  • Mirek

    Odkupię, ewentualnie wypożyczę na wtorek-środa?

  • Katarzyna Depa

    Dres. Czasem zdarza się mi go ubrać też na podróż. Wtedy czas spędzany w środkach lokomocji przyjemnie mija.