Bez filtra

Bez filtra

Mieliśmy na osiedlu duże Drzewo. Wielkie. Potężne Drzewo. Na jego grubych, rozłożystych gałęziach uwielbialiśmy leżeć, siedzieć, a w skrajnych przypadkach znudzenia zwisać z nich głowami w dół.

Letnie popołudnia mijały na Drzewie. Całymi dniami rozmawialiśmy o najnowszej Fifie 2000, o tym kiedy wreszcie będziemy dorośli, o tym, której koleżance urosły najfajniejsze cycki, o starych, którzy nic nie rozumieją i tym, że samobójstwo Kurta Cobaina to dla nas straszliwy cios. Snuliśmy naiwne plany, z których najmniej głupi był ten dotyczący ucieczki z domu. Hen, przed siebie, byle dalej.

Czasami nie rozmawialiśmy wcale. Wpatrywaliśmy się jedynie w niebo, ledwo widoczne ponad gęsto rosnącymi liśćmi. W ciszy lub w towarzystwie szumiącego wiatru. Zdarzało się na gałęzi przysnąć. Ale tylko na jednej, tej najwygodniejszej.

Na Drzewie pojawiał się kumpel. Przyjeżdżał z drugiego końca miasta, co wtedy wzbudzało poruszenie jakby co najmniej przyleciał z Księżyca. Był starszy ode mnie i całej reszty dzieci Drzewa o dwa lata. Z racji sędziwego wieku zasługiwał więc na szacunek i uznanie. Zawsze siadał na najwygodniejszej gałęzi. Ociekał zajebistością. Wszystko robił lepiej. Nigdy się nie mylił. Był przecież starszy o całe dwa lata.

Kumpel ów również palił. Rekreacyjnie raczej niż nałogowo. Ale palił. A to tylko czyniło go bardziej jeszcze zajebistym. Ja sam, niestety, w wieku czternastu czy piętnastu lat cierpiałem na chroniczny niedobór zajebistości. Niewinny dymek z papierosa wydał mi się idealnym remedium na ową przypadłość.

Swój pierwszy sztach zapamiętam do końca życia. Niewiele bowiem używek zrobiło na mnie tak piorunujące pierwsze wrażenie jak papierosy właśnie.

L&M Light było mu na imię. Z niespotykaną wręcz łatwością zepchnął mnie z gałęzi. Nie pozwolił wstać jeszcze przez kilka dłuższych chwil. I tak leżałem, przyjemnie otumaniony całą gamą pierwiastków, które właśnie trafiły do krwiobiegu.

To była przyjaźń od pierwszego wdechu. Prawdziwe uczucie, które przetrwało kilkanaście lat. Znajomość, której nie żałuję.

Papieros moim przyjacielem był. Każdego ranka umawiałem się z Papierosem na kawę. Pomagał mi się rozbudzić. Ułożyć plan dnia. Uwielbiał czarną bez cukru. Nienawidził latte.

Przed południem kilkukrotnie odwiedzał mnie w szkole, na uczelni, w końcu w biurze. Pomagał gdy potrzebowałem chwili przerwy, inspiracji, towarzystwa. Automatycznie pojawiał się na dźwięk otwieranej puszki z Red Bullem.

Popołudniami Papieros spóźniał się na obiad. Spotykaliśmy się dopiero po posiłku. Miał Papieros filozoficzne zapędy. Czasem przyprowadzał kolegę i razem spędzaliśmy kilkanaście minut rozmyślając nad sensem życia.

Wieczorami spotykaliśmy się na maści wszelkiej imprezach. W pubach, klubach, dyskotekach i najzwyklejszych domówkach. Uwielbiał Papieros piwo. Z niekrytą wzajemnością. Choć nigdy nie skarżył się głośno, widać było, że nie przepada za wódką. Wina powyżej 6zł omijał szerokim łukiem.

Papieros był też duszą towarzystwa. Przedstawił mi wiele niesamowicie ciekawych osób. Gdyby nie on, nie nawiązałbym paru wieloletnich znajomości. Ludzie z własnymi papierosami to specyficzny gatunek. Wyżej niż zdrowie stawiają przyjemność z każdego dymka. Ryzykują świadomie, donośnie kaszlą i… charakterystycznie pachną.

I tak mijały lata. Na imprezach, koncertach, podróżach. Z filtrem i bez. Rano i wieczorem. W samotności i w towarzystwie. Pod gołym niebem i w zadymionej spelunie. Z Davidoffem i Albatrosem. Aż do kwietnia 2013.

W zeszłym tygodniu minął rok, od kiedy z Papierosem bawiliśmy się po raz ostatni. Rozstanie było świadomym i wspólnym wyborem. Uczucie wypaliło się. Co raz częściej zaczęliśmy dostrzegać wady tej przyjaźni. Mi przestał podobać się smród jaki ciągnął się za mną po każdym spotkaniu. Jemu wyraźnie zaczął przeszkadzać mój brak czasu.

Starannie dobrana data rozstania – 1 kwietnia – miała zostawić uchylone drzwi. Tak na wszelki wypadek. Gdyby rozstać się jednak nie udało. Pożegnanie było huczne, obficie zakrapiane, a ostatnie wspólne chwile miały wręcz charakter przeżycia mistycznego.

I tak, wiem, że palenie szkodzi zdrowiu, powoduje raka i choroby serca, szkodzi męskości i morduje kobiety w ciąży. Ma też pewnie coś wspólnego z zaginięciem Malezyjskiego samolotu i konfliktem na bliskim wschodzie. Wiem, bo był okres, kiedy te durne etykiety na paczkach były moją jedyną lekturą.

I wiem też, że pomijając spustoszenie w płucach i nieodwracalne zmiany w całej reszcie organizmu Papieros był fajną częścią mojego młodego i głupiego życia. Czy tęsknię? Ani trochę. Czy żałuję? W życiu!

  • mnb

    dobre!

  • http://zawzięty.pl/ Vtomasz

    Mądrze podjęta decyzja. Gratuluję!

  • http://www.uglywriter.blog.pl/ uglywriter

    Od 5 lat próbuje kobicie wytłumaczyć, że fajki są be. Nie przetłumaczysz.Trzymaj sie w tym nie kopceniu.